W niedzielę Lena nakryła do stołu dla czterech osób, chociaż miało przyjść tylko troje gości. Zauważyła to dopiero, kiedy stawiała ostatni talerz. Przez chwilę chciała go zabrać. Zamiast tego położyła obok lnianą serwetkę. Dom nie wymagał od niej, żeby od razu nauczyła się nowego porządku.
Sąsiadka przyniosła ciasto, którego babcia podobno nigdy nie chciała piec, bo uważała, że mak jest zbyt pracochłonny jak na niedzielę. Marek pojawił się z koszykiem jabłek. Nikt nie zapytał o ogłoszenie sprzedaży. Rozmawiali o remoncie mostu, o pogodzie i o kocie, który od tygodnia mieszkał jednocześnie w trzech domach. Lena po raz pierwszy od dawna nie szukała w kieszeni zegarka.
Kiedy goście wyszli do ogrodu, zadzwoniła do agencji. Rozmowa trwała krócej, niż się spodziewała. Nie składała wielkich obietnic. Powiedziała tylko, że potrzebuje czasu i na razie wycofuje ofertę. Po drugiej stronie usłyszała szelest dokumentów i spokojne „oczywiście”. Tak mało trzeba było, żeby zatrzymać plan, który wydawał się nieodwołalny.
Marek czekał przy zlewie. — Nie musisz zostawać ze względu na nikogo — powiedział. — Wiem. — I nie musisz wyjeżdżać tylko dlatego, że już raz to zrobiłaś. Lena podała mu mokry talerz. Zwykła czynność nagle wydała jej się czymś bardzo intymnym: ufać, że druga osoba przyjmie ciężar, zanim wypuści się go z rąk.
Wieczorem wyjęła z walizki ostatnią koszulę. Telefon zostawiła na parapecie. Do zeszytu babci wpisała kilka rzeczy do zrobienia: sprawdzić dach, posadzić lawendę, oddać książkę sąsiadce. Pod spodem, już bez punktu i kreski, dopisała: pojechać nad jezioro.
Nie wiedziała jeszcze, jak długo zostanie. Nie wiedziała też, czy to, co wracało między nią a Markiem, miało dawną nazwę, czy dopiero potrzebowało nowej. Wystarczyło, że rano będzie mogła otworzyć okno. I że tym razem nie zamierzała przepraszać za to, że lubi słuchać ogrodu.

POZOSTAW PO SOBIE SŁOWO
Między nami.
Możesz komentować bez konta. Komentarze pojawiają się po zatwierdzeniu.
Napisz komentarz+
Cisza przed pierwszym słowem. Zostaw swój komentarz.