Deszcz zaczął padać dokładnie wtedy, gdy Lena wyniosła z szafy pierwsze pudełko. Na wieczku babcia napisała „rzeczy do oddania”, a pod spodem dopisała mniejszymi literami „ale jeszcze nie teraz”. W środku nie było ubrań. Znalazła trzy zeszyty, wysuszony liść klonu i zdjęcie kuchni zrobione, zanim przemalowano ściany.
Marek przyniósł z drewutni narzędzia i położył je na starej gazecie. Nie zaglądał jej przez ramię. Dopiero kiedy podała mu fotografię, uśmiechnął się, jakby rozpoznał kogoś stojącego tuż za kadrem. — Ten stół zrobił mój ojciec — powiedział. — Noga przy oknie jest trochę krótsza. Podłożył pod nią monetę i zakazał nam o tym mówić.
Lena zajrzała pod blat. Moneta nadal tam była, ciemna i płaska, wciśnięta między deskę a posadzkę. Pomyślała o wszystkich uroczystych obiadach, które utrzymywała w równowadze. O kłótniach kończących się podaniem ciasta. O milczeniu, które czasem było łatwiejsze od słów, a czasem zostawiało po sobie większy bałagan.
— Nie wiem, czy potrafię tu zostać — powiedziała w końcu. Marek odłożył śrubokręt. — Nikt nie prosił cię o odpowiedź dzisiaj. Za oknem deszcz zwolnił, jakby również przyjął tę zasadę. Lena otworzyła pierwszy zeszyt na pustej stronie. Tym razem pozwoliła, żeby herbata wystygła bez pośpiechu.

POZOSTAW PO SOBIE SŁOWO
Między nami.
Możesz komentować bez konta. Komentarze pojawiają się po zatwierdzeniu.
Napisz komentarz+
Cisza przed pierwszym słowem. Zostaw swój komentarz.