Za niebieskimi drzwiami pachniało ciepłym kamieniem. Mira spodziewała się korytarza, ale stanęła na środku mostu. Pod stopami miała przezroczyste płyty, przez które widać było gwiazdy. Nie odbicia — prawdziwe gwiazdy, poruszające się pod miastem powoli jak łodzie. Kompas w jej kieszeni wskazywał teraz „jeszcze”.
Człowiek z parasolem czekał przy balustradzie. Na żywo był młodszy, niż wydawał się na mapie, i miał na policzku plamę niebieskiego atramentu. — Spóźniłaś się tylko trzydzieści lat — powiedział. Potem zmieszał się, zdjął kapelusz i zaczął od nowa: — Przepraszam. Uczę się powitań, ale w tym mieście rzadko mamy okazję je ćwiczyć.
Mira pokazała mu papierowe pióro. Przeczytał adres i natychmiast złożył parasol. Wszystkie okna w kamienicach po drugiej stronie rzeki rozbłysły jednocześnie. W jednym z nich mignęła sylwetka kobiety poprawiającej lampę. Przez otwartą szybę popłynęła melodia, którą Mira znała od dzieciństwa.
Nie usłyszała jeszcze ostatniej zwrotki. Miasto uciszyło się tuż przed nią, a woda pod mostem zaczęła płynąć pod górę. Człowiek z parasolem wyciągnął rękę. — Teraz pamiętaj drogę — powiedział. Mira zamknęła oczy i po raz pierwszy spróbowała narysować mapę bez papieru.

POZOSTAW PO SOBIE SŁOWO
Między nami.
Możesz komentować bez konta. Komentarze pojawiają się po zatwierdzeniu.
Napisz komentarz+
Cisza przed pierwszym słowem. Zostaw swój komentarz.